Czekałam na rycerza. Na białym koniu, z jawą w oczach i umiejętnością obsługi pralki.
Ale nie przyjechał. Może zgubił GPS. A może uznał, że zamek za daleko.
Z dziewczynki z głową w chmurach stałam się… swoim własnym rycerzem. Bez konia, ale z kartą kredytową i umiejętnością ogarniania problemów w trybie turbo.
Siła? Jasne. Ale nie z przekazu pokoleniowego. Z życia, które rzucało we mnie sytuacjami jak w grze survivalowej – bez instrukcji i bez opcji „cofnij”.
W pracy? „Nie wiesz? Doczytaj.”
W związkach? „Miało być love story, wyszedł thriller z elementami farsy.”
Więc się ogarnęłam. Stałam się wszystkim naraz. I co?Zaczęłam przyciągać tych, którzy sobie nie radzą z niczym.Panowie z lękiem przed silną kobietą. Chłoptasie w krótkich, poplamionych gaciach, którzy przyszli się schować pod moją siłą i oczekują czułości jak etatu.
A ja?Ja lubię ludzi z charakterem. Takich, co nie boją się wysokości.Bo po co mi ktoś, kogo trzeba ciągnąć za uszy, skoro ogarniam życie, siebie i jeszcze mam czas na pizzę?
—P.S.Dla tych kobiet, które jeszcze w siebie nie wierzą:Nie musisz być gotowa.Ale jeśli choć raz ogarnęłaś chaos, zapłaciłaś rachunek, poszłaś dalej mimo strachu —To już jesteś rycerzem.Nie czekaj. Nie proś o pozwolenie.Masz wszystko.
I zasługujesz.
