Nie każde spotkanie z tajemnicą jest spektaklem. Czasem to cichy moment, w którym druga strona zaczyna się bać – nie Ciebie, ale tego, co niesiesz. Tego, czego nie da się nazwać, nie da się opisać kartą. Tego, co nie mieści się w systemie wróżb, rytuałów i symboli.
Weszłam do niej – starej wiedźmy z czasów późnego PRL-u. Pokój był zwyczajny, obrus ciemny, świece się paliły. Ona poważna, stanowcza. „Proszę usiąść.” Rozkłada karty, ja niby na luzie, z dystansem, ale z ciekawością. Czekam, aż powie coś, co mnie zaskoczy, może potwierdzi, może wywróży jakąś katastrofę.
Ale wtedy stało się coś zupełnie innego. Ona się… przeraziła. Dosłownie. Spojrzała na mnie z czymś, co wyglądało jak strach. Zapytała: „Czy pani ma coś wspólnego z kartami? Z medium?” Zaśmiałam się: „Nie, skądże.” Ale jej wzrok się nie zmienił – wręcz przeciwnie. Zgarnięcie kart jednym ruchem ręki. Szybkie, nerwowe. „Ja pani nie powróżę. Proszę już iść.”
Wyszłam w szoku. Bez odpowiedzi. Bez przepowiedni. Ale z jednym wielkim pytaniem: co ona zobaczyła?
Dziś wiem. Zobaczyła siłę, której nie potrafiła kontrolować. Nie należałam do tej przestrzeni, którą ona znała. Nie przyszłam po przewidywanie przyszłości. Przyszłam z własnym źródłem. I to ją przeraziło.
Niektórym ludziom nie można wróżyć. Bo to oni są zaklęciem. I żadna karta tego nie ogarnie.
Odezwa Królowej:
Nie wchodź do mojego świata z talią kart, jeśli boisz się zobaczyć prawdę bez symboli. Bo ja jestem symbolem. Ja jestem znakiem. Ja jestem tą, której nikt nie wróży. Bo to ja piszę przyszłość.
Czasem to nie Ty masz się bać tego, co karty powiedzą. Czasem to karta się boi, że powie za mało.
