W każdym domu raz na jakiś czas rodzi się chleb.Nie z przepisu.Nie z powołania.Z braku checi na wyjście do sklepu.
Zaczyna się niewinnie:„Zrobię chleb.”Brzmi dumnie, jakby chodziło o dziedzictwo kulturowe.A tymczasem chodzi o to, że ktoś sypnął mąkę na oko, dolał wodę na oko, wsypał drożdże — też na oko,bo przecież jedna paczka to dla tchórzy.Nie było żadnego przepisu.
Był impuls.I wewnętrzne „pierdolę, jakoś się zlepi.”Mieszanie łyżką. Bez zagniatania, bo kręgosłup szanujemy.Ciasto klejące się do wszystkiego — znak, że będzie dobrze.Czekanie aż wyrośnie – bez patrzenia na zegarek, bo przecież czas nie istnieje, jeśli się piecze z godnością.W końcu do piekarnika wjeżdża COŚ.Bez nazwy. Bez proporcji.Ale jak wyjdzie — to już jest mistrzostwo świata.Bo jak coś wyjdzie z niczego, to wiadomo, że to talent.
Nie pytajcie, ile było mąki.Ile wody.Jaki olej.Bo nie wiemy.Bo nikt nie piecze na wagę, jeśli piecze z charakterem.To nie jest chleb do powtórzenia.To nie jest chleb do porównywania.To jest chleb z duszy.Chleb, który mówi:„Nie jestem idealny, ale Ty też nie jesteś Nigellą, więc się nie spinaj.”
Śmieszny realistyczny dodatek do książki Korona bez złudzeń 👑 '😁
