Czekałam na rycerza na białym koniu. Taki miał być plan. Kultura, bajki, komedie romantyczne — wszyscy mówili: „poczekaj, on się zjawi.”
No to czekałam. Wrażliwe serce, rozwiany włos, gotowość na miłość większą niż rachunki za prąd.
Minęły lata. Przejechało kilka koni. Kilku panów pomyliło heroizm z ego, a zbroję z filtrem na Instagramie. I wtedy coś we mnie pękło… albo raczej: zasklepiło się.
Zamiast czekać, kupiłam własnego konia (albo chociaż buty do biegania).
Zamiast pytać: „czy ktoś mnie pokocha?”, zapytałam: „czy ja siebie mam?”
I okazało się, że mam. I to w wersji deluxe.
Bo kiedy nie przyszedł, ruszyłam sama.
Z mieczem w jednej ręce.
Z sercem w drugiej.
I teraz nie szukam rycerza.
Szukam kogoś, kto nie przestraszy się tego, że sama nim jestem.
