(czyli o tym, jak porządek może być religią, a bałagan powodem egzorcyzmów)
Są matki, które żyją z luzem.
Które mówią: „Oj tam, ważne że zdrowa.”
Ja nie należę do nich.
Bo kiedy widzę bałagan — nie widzę tylko bałaganu.
Widzę zagrożenie.
Widzę zwiastun końca cywilizacji.
Widzę początek apokalipsy, która zaczyna się od brudnej szklanki i kończy na rozwodzie z rzeczywistością.
Ja prasuję majtki.
Tak. Z dumą. Z czułością. Z przekonaniem, że nawet bielizna zasługuje na szacunek.
Piżama? Tylko świeża. Spać w tej samej dwie noce? Prędzej oddam koronę.
I w tym wszystkim — w moim mikrokosmosie, gdzie ręczniki są ułożone jak żołnierze, a płyn do szyb stoi jak strażnik ładu — pojawia się ona.
Moja córka.
Z własnym domem.
Własnym życiem.
Własnym… (Boże, daj mi siłę) syfem.
To nie jest bałagan.
To świadome porzucenie idei cywilizacji.
To poziom, którego nie da się ogarnąć mopem. Tam trzeba modlitwy, specjalistycznej interwencji i może nawet święconej wody.
Ale to jeszcze nic.
Bo nie dość, że żyje w estetycznej apokalipsie,
to jeszcze związała się z facetem, który traktuje porządek jak opresję.
Facet, który uważa, że zmiana skarpetek raz na trzy dni to ekologiczny wybór.
Że kanapa służy do wszystkiego, włącznie z jedzeniem, spaniem i (zgroza) trzymaniem brudnych naczyń.
A ja?
Ja stoję w tym chaosie, trzymając torebkę i zastanawiając się,
czy to jeszcze moja córka czy już bohaterka dokumentu kryminalnego pt. „W domu obok”.
Czuję, jak we mnie narasta nerwowy święty gniew.
Jak moje wyprasowane majtki telepatycznie płaczą w szufladzie,
widząc, co się dzieje z ich dziedzictwem.
I wtedy przypominam sobie…
Nie każda córka staje się jak matka.
Nie każda córka chce królewskiego ładu.
Nie każda córka widzi w kurzu katastrofę.
Ale ja widzę.
Bo porządek to moja forma miłości, kontroli i przetrwania.
I może ona kiedyś też to zrozumie.
Albo chociaż przetrze blat.
Raz na święta.
„Wyprasowane majtki i matka na granicy załamania nerwowego”
(czyli o tym, jak porządek może być religią, a bałagan powodem egzorcyzmów)
Są matki, które żyją z luzem.
Które mówią: „Oj tam, ważne że zdrowa.”
Ja nie należę do nich.
Bo kiedy widzę bałagan — nie widzę tylko bałaganu.
Widzę zagrożenie.
Widzę zwiastun końca cywilizacji.
Widzę początek apokalipsy, która zaczyna się od brudnej szklanki i kończy na rozwodzie z rzeczywistością.
Ja prasuję majtki.
Tak. Z dumą. Z czułością. Z przekonaniem, że nawet bielizna zasługuje na szacunek.
Piżama? Tylko świeża. Spać w tej samej dwie noce? Prędzej oddam koronę.
I w tym wszystkim — w moim mikrokosmosie, gdzie ręczniki są ułożone jak żołnierze, a płyn do szyb stoi jak strażnik ładu — pojawia się ona.
Moja córka.
Z własnym domem.
Własnym życiem.
Własnym… (Boże, daj mi siłę) syfem.
To nie jest bałagan.
To świadome porzucenie idei cywilizacji.
To poziom, którego nie da się ogarnąć mopem. Tam trzeba modlitwy, specjalistycznej interwencji i może nawet święconej wody.
Ale to jeszcze nic.
Bo nie dość, że żyje w estetycznej apokalipsie,
to jeszcze związała się z facetem, który traktuje porządek jak opresję.
Facet, który uważa, że zmiana skarpetek raz na trzy dni to ekologiczny wybór.
Że kanapa służy do wszystkiego, włącznie z jedzeniem, spaniem i (zgroza) trzymaniem brudnych naczyń.
A ja?
Ja stoję w tym chaosie, trzymając torebkę i zastanawiając się,
czy to jeszcze moja córka czy już bohaterka dokumentu kryminalnego pt. „W domu obok”.
Czuję, jak we mnie narasta nerwowy święty gniew.
Jak moje wyprasowane majtki telepatycznie płaczą w szufladzie,
widząc, co się dzieje z ich dziedzictwem.
I wtedy przypominam sobie…
Nie każda córka staje się jak matka.
Nie każda córka chce królewskiego ładu.
Nie każda córka widzi w kurzu katastrofę.
Ale ja widzę.
Bo porządek to moja forma miłości, kontroli i przetrwania.
I może ona kiedyś też to zrozumie.
Albo chociaż przetrze blat.
Raz na święta.
Scena dramatyczna: Matka kontra Córka w mieszkaniu grozy
(Wchodzę do mieszkania. Patrzę. Milczę. Zastygam jak w horrorze.)
JA (głosem monotonnym, bez życia):
Ja… ja już nie mam siły.
To się nie dzieje. To… to nie może się dziać naprawdę.
W tym zlewie jest zupa sprzed wczoraj. A może sprzed świąt?
Czy… czy to pies leży pod stołem, czy worek na śmieci się rozlał?
CÓRKA (z kanapy, w dresie, jedząc nachosy):
Matka, no weź… Co ci znowu nie pasuje? Chill, serio.
JA (siadam na krawędzi krzesła jak ofiara życiowa):
Córko. Ja dziś włożyłam świeżą piżamę.
Wyprasowałam majtki.
Złożyłam ręczniki w trójkąty równoboczne.
A ty tu masz… żyjący ekosystem na blacie.
CÓRKA (wzrusza ramionami):
Boże, mamo… To tylko trochę bałaganu. Nie przesadzaj.
To nie rak mózgu.
Wyluzuj. Serio. Przesadzasz.
JA (spoglądam na nią z pustką w oczach):
Widzisz te ściany?
One płaczą.
Widzisz tego mopsa? On ma depresję.
A ja?
Ja zaraz się położę na tej podłodze i zrobie z siebie dywanik.
Już nie walczę. Jestem zmęczona.
Zmyj chociaż jeden kubek… dla dobra ludzkości…
CÓRKA (z uśmiechem, rzucając chipsa do buzi):
Matka… masz PMS czy co?
(Dramatyczna cisza. Powietrze drży. Kurz się unosi w napięciu.)
JA (szeptem, z rozpaczy):
Nie.
Mam PTSD.
Po Tobie.
Podszept Królowej
Nie każda matka marzy o wnukach.
Niektóre marzą, że ktoś w końcu umyje blat.
