(czyli jak wydać wszystko i jeszcze się z tego cieszyć)
Są kobiety, które potrafią z klasą przejść obok wyprzedaży.
Nie zatrzymują się przy każdej wystawie. Nie rozmawiają z butami.
Ja do nich nie należę.
Dla mnie zakupy to nie konsumpcja. To rytuał. Terapeutyczna sesja z kartą płatniczą w roli psychologa.
Potrzebuję nowego życia? Kupuję nową sukienkę.
Mam dość ludzi? Buty mnie nigdy nie zawiodą.
Mam PMS? Nowa świeczka zapachowa o nazwie „Calm the fuck down” i już jestem inną kobietą.
Czy mnie na to stać?
Nie.
Czy mnie to obchodzi?
Też nie.
Bo prawda jest taka: nic tak nie koi jak torba z napisem SALE i poczuciem, że choć przez chwilę kontroluję chaos.
Odezwa Królowej:
Nie jestem rozrzutna. Jestem emocjonalnie ekspresyjna.
Kupuję, bo mogę. Bo chcę. Bo świat nie daje zbyt wielu radości, a ja właśnie znalazłam jedną w rozmiarze 38.
Nie będę się tłumaczyć z kolczyków, torebek i kolejnego kubka z ironicznym napisem.
Podszept Królowej
Zakupy to nie grzech.
Grzechem jest żyć cały miesiąc w jednym humorze i jednej bluzce.
