Są kobiety, które kochają z rozmachem.
Wchodzą w relacje z sercem na wierzchu i duszą bez zbroi.
Dają się prowadzić emocjom, marzeniom, wyobrażeniom o tym, że ktoś może być „tym jedynym”.
I często kończy się to tak samo:
wielkim hukiem i pytaniem „dlaczego?”
Bo stawianie ludzi na piedestale to jak gra w rosyjską ruletkę —
tylko czekać, aż któraś z emocjonalnych kul trafi prosto w zaufanie.
Z boku widać to jasno.
Jak jedna kobieta po drugiej wręcza komuś lśniący pistolet zaufania
i mówi: „Trzymaj. Ufam, że nie strzelisz.”
A potem zostaje sama — z hukiem w głowie i niedowierzaniem w oczach.
Nie dlatego, że on był zły.
Nie dlatego, że ona była naiwna.
Ale dlatego, że człowiek to nie monument.
Jest niestabilny, chwiejny, często rozdarty między sobą a oczekiwaniami.
Odezwa Królowej
Patrzę na kobiety, które błyszczą dla kogoś, kto nie ma nawet latarki.
Na te, które czekają, aż ktoś wróci — jakby miłość była bumerangiem.
Na te, które mylą intensywność z trwałością.
I wiem jedno:
nie można budować bezpieczeństwa na kimś, kto sam nie stoi pewnie.
Nie można robić z ludzi bogów — bo wcześniej czy później przestają grać w nieśmiertelność.
Podszept Królowej
Nie każda kobieta musi się nauczyć odchodzić.
Ale każda powinna się nauczyć nie stawiać ludzi wyżej niż siebie.
Bo nie chodzi o to, żeby nie kochać.
Chodzi o to, żeby nie stracić siebie w imię kogoś, kto nie wie, kim chce być.
