Proces powstawania ciasta — czyli jak z chaosu zrobić coś, co wszyscy będą jeść, ale nikt nie odważy się powtórzyć
Wszystko zaczyna się niewinnie.
„Może coś upiekę.”
To zdanie, które w ustach normalnej osoby brzmi jak plan.
W moich — jak zapowiedź kataklizmu w fartuchu.
Mikser?
Nie działa.
Albo działa, ale nie chce mi się go myć.
Widelcem też da się zrobić ciasto,
a jak nie — to przynajmniej kogoś nim dźgnę.
Masło?
Za mało.
Dodałam olej, resztkę jogurtu i pół łyżki margaryny z 2022.
Wszystko gra.
To nie pieczenie — to seans spirytystyczny z lodówki.
Mąka się sypie wszędzie.
Mam jej więcej na spodniach niż w misce.
Ale nie szkodzi — kiedy robisz na czuja, każdy kierunek jest dobry.
Przepis?
Nie istnieje.
Mam w głowie mglistą wizję,
że kiedyś coś takiego robiłam i nie umarłam.
Więc próbuję.
Na oko.
Na przekór.
Na cholerę by się trzymać reguł, skoro i tak życie wszystko przypala.
Do musu jabłkowego dodałam:
– kaszkę mannę,
– dwa kisiele (bo był na promocji),
– i cynamon, którego nie miałam,
więc wjechał olejek migdałowy i modlitwa.
Ciasto w piekarniku.
190 stopni, bo kto ma czas na 180.
Jak zacznie się przypalać z góry — folia.
Jak od spodu — trudno, będzie chrupiące.
Stoję nad piekarnikiem jak szamanka.
Wdycham karmelizujący się chaos
i myślę:
„Albo będzie boskie… albo przynajmniej ciepłe.”
I wychodzi.
Złote. Pachnące.
Wygląda jak sukces.
Smakuje jak spełnienie.
I wtedy pada TO pytanie:
„Ooo, a dasz przepis?”
Nie.
Nie dam.
Bo nie wiem, co tam wrzuciłam.
Pamiętam tylko, że byłam głodna, zła i miałam nadmiar kaszki w szafce.
Więc uśmiecham się z godnością królowej,
która spaliła połowę kuchni, ale za to ma ciasto,
i mówię:
„Nie proście o przepis.
To była interwencja wyższych sił, kisielu i frustracji.
Takich rzeczy się nie powtarza.
One się dzieją.”
