Zabraliśmy Bogu tron.
Oddaliśmy go człowiekowi.
A człowiek, pozbawiony granic, stał się swoim własnym bożkiem –
okrutnym, głodnym, wiecznie nienasyconym.
I wszystko zaczęło umierać… po cichu.
Nie w ogniu, nie w krzyku.
W marketingu.
W lajku.
W szeptanej samotności, której nikt już nie nazywa po imieniu.
A kiedy Bóg wróci — nie będzie pytał o metki, cytaty czy daty chrztu.
Zapyta:
Czy byłeś darem.
Czy kochałeś tak, że ktoś przez Ciebie uwierzył, że nie jest niewidzialny.
Bo świat nie umiera na wojnach.
Umiera w znieczuleniu.
W obojętności ludzi, którzy przestali się zatrzymywać przy drugim człowieku,
bo nie dało się tego zmonetyzować.
Bo miłość nie konwertowała się na zasięgi.
Zamiast modlitwy – afirmacje.
Zamiast skruchy – branding.
Zamiast sumienia – newsletter.
A dusza?
Cicho. Milczy. Czeka.
I tylko czasem wyje nocą,
kiedy wyłączysz telefon, a świat przestaje udawać, że jesteś kimś.
Wtedy wraca pytanie. Jedno.
To, które zniszczy każdą maskę, każdy filtr i każde „jestem okej”:
Czy ktoś dzięki Tobie żył choć odrobinę lżej?
Czy byłeś światłem?
Czy tylko reflektorem ustawionym na siebie?
I jeśli odpowiesz:
„Nie wiem”…
To już wiesz wszystko.
