Nie od razu to rozumiał.
Na początku była fascynacją. Kobietą, która mówiła pewnie, patrzyła głęboko i nie chowała się w oczach.
Z każdą jej odpowiedzią czuł się mądrzejszy.
Z każdym jej spojrzeniem — ważniejszy.
Ale to nie była prawda.
To było złudzenie.
Bo ona nie przyszła do niego, żeby go zbudować.
Ona przyszła taka, jaka była.
I to był problem.
Męski umysł nie mówi: „boję się jej głębi”.
On mówi: „coś tu mi nie pasuje.”
Nie wie, że to lęk.
Nie umie nazwać tej paniki, która w nim rośnie, gdy kobieta nie próbuje się zmieścić w jego granicach.
Więc zaczyna ją przeskalowywać.
Upraszczać.
Kadrować.
Chciał ją — ale tylko w rozdzielczości, którą znał.
I potem się wycofuje.
Bo wie, że nie udźwignie.
Nie dlatego, że ona za dużo.
Tylko dlatego, że on został zaprojektowany, żeby radzić sobie tylko z „wystarczającą”.
Nie z prawdziwą.
Nie chciał jej siły — choć to ona go przyciągnęła.
Nie chciał jej szczerości — choć to za nią tęsknił.
Nie chciał jej wolności — choć mówił, że podziwia niezależne kobiety.
Chciał ją.
Ale taką, jaką umiał udźwignąć.
Nie taką, jaką była naprawdę.
Odezwa Królowej (z jego strony lustra):
Nie oskarżam.
Tylko widzę.
I wiem, że nie każda kobieta, którą spotykasz, jest przystankiem.
Niektóre są lustrem.
I jeśli nie patrzysz uważnie — zobaczysz w nim siebie.
A nie ją.
Podszept królowej:
Bo on nie szukał kobiety.
On szukał komfortu w kobiecie.
Nie relacji — lecz funkcji.
Chciał ją mieć blisko,
ale nie za blisko,
żeby nie musiał patrzeć w lustro zbyt długo.
Chciał ją kochać,
ale tylko wtedy, gdy nie bolało go ego.
Chciał, żeby była sobą —
ale tylko wtedy, gdy ta „soba” nie przekraczała jego granic lęku.
I dlatego…
Ona odeszła nie dlatego, że przestała kochać.
Tylko dlatego, że w końcu zrozumiała:
nie da się być całym wszechświatem
dla kogoś, kto boi się własnego cienia.
