(Czyli: nie jestem Matką Boską od cudzych błędów)
Ach, to piękne hasło.
Malowane na kafelkach motywacyjnych.
Wyszywane złotą nicią na poduszkach wewnętrznej pokory.
Wciskane kobietom od wieków, jakby miały w genach zapomnienie.
„Prawdziwa kobieta umie wybaczyć.”
A w domyśle?
Ma cierpieć, ale z klasą.
Ma rozumieć, tłumaczyć, nie robić scen.
Ma łatać rany, których nie zadała.
I najlepiej — milczeć.
Nie, kochanie.
Nie ta dekada.
Nie ta kobieta.
Wybaczanie nie jest oznaką siły.
Nie jest duchowym odznaczeniem.
To wybór.
A nie obowiązek wpisany w płeć i delikatne rysy.
Bo może wybaczę.
Ale nie wrócę.
Nie ugotuję rosołu, nie usiądę znowu obok, nie udam, że nie pamiętam.
Bo pamiętam.
W szczegółach.
I dlatego właśnie — żyję lepiej.
Bez Ciebie.
I jeszcze jedno —
wybaczać nie znaczy: przyjąć z powrotem.
Nie znaczy: zapomnieć, zrozumieć, oswoić.
To nie tresura psa, tylko granica.
Postawiona z uśmiechem i z kieliszkiem w ręce.
Manifest Królowej:
Nie jestem śmietnikiem na błędy.
Nie jestem ośrodkiem resocjalizacji cudzych niedojrzałości.
Nie jestem „dobrą kobietą”, jeśli to znaczy: „taką, która przełknie wszystko”.
Jestem tą, która umie pamiętać.
I nie musi niszczyć, żeby nie przyjąć z powrotem.
Podszept Królowej:
Nie pytaj, czy wybaczyłam.
Zapytaj, czy mam jeszcze ochotę słuchać Twoich prób zrozumienia,
dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś.
Spoiler: nie mam.
„Prawdziwa kobieta umie wybaczyć”?
Może.
Ale jeszcze lepiej — umie żyć tak, żeby nie musiała.
Nie jestem Jezus.
Nie zbawiam.
Nie umieram za cudze winy.
I nie zmartwychwstaję, żeby dawać drugą szansę.
