Nie pytam, czy potrafiłbyś zdradzić. Pytam: za ile?
Bo nie chodzi o to, czy masz w sobie cień. Wszyscy mamy. Pytanie brzmi: czy ktoś już zna jego cenę.
Zdrada nie zawsze przychodzi z grzmotem. Czasem to tylko klik. Telefon. Szept. Czasem nie sprzedajesz się za walizkę pieniędzy — tylko za poklask, lajka, poklepanie po plecach, które daje iluzję znaczenia. A potem? Potem już tylko milczenie. Bo sumienie wyprowadziło się z ciebie po cichu. Nie zabrało nawet walizek.
Władza nie psuje. Ona tylko odkrywa, co w tobie zawsze siedziało.
Niektórzy marzą o wielkości, bo mają kompleks karła. Chcą, żebyś klęczała — nie z podziwu, tylko z uległości. Żebyś nie widziała, że ich „potęga” to tylko wielki głód w garniturze.
Ale prawdziwy dramat zaczyna się, gdy już nie czujesz, że zdradzasz. Kiedy zrezygnujesz z siebie – i nazwiesz to dorosłością. Kiedy zaczynasz dzień planem działań, a kończysz pustką, której nie ogarnie żaden sukces.
Bo są tacy, którzy mają wszystko – oprócz twarzy. Którzy nie mają już matki – mają fundusz. Nie mają brata – mają wspólnika. Nie mają sumienia – mają strategię.
Zło nie nosi rogów. Ono nosi zegarek i zna agendę. Zdrada nie krzyczy – ona się uśmiecha i mówi „proszę podpisać tu”.
A upadek? Często wygląda jak awans. Jak zaszczyt. Jak milion wyświetleń.
Więc pytam raz jeszcze: za ile siebie sprzedasz? Bo każdy ma swoją cenę. Pytanie tylko, czy Ty już ją znasz?
